Posted in

Zasilanie – najczęstszy cichy sabotaż monitoringu

Jeśli jest jeden element monitoringu, który psuje więcej instalacji niż zła pogoda, Wi-Fi i użytkownik razem wzięci, to jest nim zasilanie. Tyle że zasilanie psuje wszystko po cichu. Bez błędów, bez komunikatów, bez jasnego „zepsute”. Po prostu zaczyna się dziać coś dziwnego.

Kamera raz działa idealnie, raz się resetuje. Czasem znika z aplikacji, czasem traci nagrania, czasem nie wysyła powiadomień. I niemal zawsze pierwsze podejrzenie pada na sprzęt, aplikację albo aktualizację. Zasilanie rzadko trafia na listę podejrzanych. A powinno być na samym szczycie.

Problem z zasilaniem polega na tym, że ono prawie nigdy nie przestaje działać całkowicie. Gdyby kamera po prostu się nie włączała, sprawa byłaby prosta. Tymczasem prąd „jest”, tylko nie taki, jakiego elektronika potrzebuje. I właśnie wtedy zaczyna się cichy sabotaż.

Kamera to urządzenie cyfrowe, a elektronika cyfrowa nie lubi kompromisów. Ona nie lubi „trochę za mało”, „czasem spada”, „w sumie działa”. Napięcie musi być stabilne, przewidywalne i dostępne w każdej chwili. Każde odchylenie, nawet krótkie, nawet niewielkie, potrafi wywołać objawy, które wyglądają jak awaria wszystkiego innego.

Najczęstszy grzech to zasilacz. Mały, lekki, „jaki był pod ręką”. Bo przecież kamera nie bierze dużo prądu. I faktycznie, w idealnych warunkach nie bierze. Tylko że kamera nie pracuje cały czas w tym samym trybie. W nocy przełącza się w tryb podczerwieni, włącza diody IR, grzeje się, wysyła więcej danych. Pobór prądu rośnie dokładnie wtedy, gdy zasilacz ma najmniej ochoty, żeby go dostarczyć. Efekt? Chwilowe spadki napięcia, które kamera odczuwa natychmiast.

Do tego dochodzi długość przewodu. Im dłuższy kabel, tym większy spadek napięcia. To fizyka, nie opinia. Kamera podłączona krótkim przewodem w domu działa idealnie. Ta sama kamera na zewnątrz, na dziesięciometrowym kablu, zaczyna się zachowywać jakby była uszkodzona. Resetuje się, traci połączenie, zawiesza. A użytkownik wymienia kamerę, nie zdając sobie sprawy, że nowa dostaje dokładnie ten sam, za słaby prąd.

Bardzo zdradliwe są też połączenia. Złączki, przedłużki, skręcone przewody, prowizoryczne lutowania. Na początku wszystko działa. Po miesiącu pojawia się wilgoć, utlenianie, mikropęknięcia. Prąd płynie, ale już nie tak, jak powinien. Kamera dostaje sygnał: „żyj, ale na granicy”. I zaczyna pracować dokładnie na granicy.

Zasilanie potrafi też udawać problemy sieciowe. Kamera z niestabilnym napięciem najpierw traci Wi-Fi. Potem wraca. Potem znika. Użytkownik diagnozuje router, zmienia kanały, resetuje aplikację. A problem wciąż siedzi w zasilaczu, który pod obciążeniem nie daje rady.

Najgorsze jest to, że zasilanie potrafi się pogarszać powoli. Zasilacz, który działał rok temu, dziś ma już inne parametry. Kabel, który był suchy, dziś ma wilgoć. Połączenie, które było czyste, dziś jest utlenione. Monitoring nie psuje się nagle. On jest systematycznie osłabiany.

I tu pojawia się największe nieporozumienie: „przecież kamera się włącza”. Tak, włącza się. Ale to nie znaczy, że działa w warunkach, do których została zaprojektowana. To tak, jakby silnik samochodu odpalał, ale dostawał paliwo przez zapchany filtr. Pojedzie. Tylko nie wtedy, kiedy trzeba.

Dlatego zasilanie jest cichym sabotażystą. Nie krzyczy, nie świeci na czerwono, nie zgłasza błędów. Ono po prostu robi swoje – niedokładnie. A kamera, biedna, próbuje się do tego dostosować.

Wniosek jest niewygodny, ale prosty: jeśli kamera zachowuje się losowo, pierwsze, co powinno się sprawdzić, to nie aplikację i nie sprzęt, tylko prąd. Bo w monitoringu zasilanie nie jest dodatkiem. Jest fundamentem. I jeśli fundament jest chwiejny, cały system będzie chwiał się razem z nim.

One thought on “Zasilanie – najczęstszy cichy sabotaż monitoringu

Skomentuj BigBeother Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *