Posted in

„Informatyka załatwiłem, podnośnik, instalatora, macie przyjechać z nową kamerą i zamontować”

To zdanie pada zaskakująco często. Wypowiadane z pewnością siebie, czasem z lekką nutą zniecierpliwienia, jakby cała sprawa była już dawno ogarnięta, a brakującym elementem był wyłącznie sprzęt. Kamera. Jedna. Nowa. Przykręcić, włączyć, pojechać dalej.

I właśnie w tym momencie zaczyna się problem.

Bo to zdanie brzmi logicznie tylko na pierwszy rzut oka. Po chwili okazuje się, że zawiera w sobie niemal wszystkie błędne założenia, jakie można mieć wobec monitoringu. Jest skrótem myślowym, który działa w teorii, ale w praktyce kończy się telefonem po tygodniu: „kamera nie działa”, „zrywa obraz”, „w nocy nic nie widać”, „aplikacja coś się rozłącza”.

Problem polega na tym, że kamera nie jest meblem. Nie jest też urządzeniem typu „plug and forget”. Kamera to element systemu, a system nie znosi skrótów.

Zacznijmy od tego nieszczęsnego „informatyka”. W realnym świecie informatyk zazwyczaj zrobił dokładnie to, co do niego należało. Skonfigurował router, ustawił sieć, może nawet sprawdził zasięg… ale w miejscu, gdzie stał. Nie na elewacji. Nie na słupie. Nie trzy metry nad ziemią, za blachą, styropianem i rynną. Sieć Wi-Fi to nie magia – to fale radiowe, które mają swoje kaprysy. To, że laptop działa w biurze, nie znaczy, że kamera będzie szczęśliwa na zewnątrz, w deszczu, za rogiem budynku.

Potem pojawia się podnośnik. Jakby wysokość była rozwiązaniem samym w sobie. Podnośnik pomaga sięgnąć, ale nie pomaga myśleć. Nie sprawia, że nagle kabel przestaje być wystawiony na wodę. Nie sprawia, że zasilacz magicznie znosi spadki napięcia. Nie rozwiązuje problemu braku puszki, kondensacji pary, ani tego, że kamera wisi dokładnie tam, gdzie słońce wali w obudowę przez pół dnia.

Instalator? Jest. Super. Tylko że instalator bez kontekstu jest jak chirurg bez dokumentacji pacjenta. Może zrobić swoje perfekcyjnie technicznie, a mimo to efekt końcowy będzie mizerny. Bo kamera to nie tylko „przykręcić”. To decyzje: gdzie, pod jakim kątem, z jakim zapasem kabla, z jakim dostępem serwisowym, z jaką świadomością, że za pół roku ktoś będzie chciał coś zmienić albo sprawdzić.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że intencje klienta są dobre. On naprawdę chce mieć monitoring. Chce, żeby działał. Chce spokoju. Tyle że traktuje proces jak zamówienie pizzy: składniki są, dostawa jest, więc efekt musi być.

Tymczasem monitoring działa bardziej jak ogrzewanie podłogowe niż jak pizza. Jeśli coś pójdziesz na skróty na etapie planowania, to później możesz tylko podkręcać temperaturę i się frustrować.

Dochodzi jeszcze kwestia odpowiedzialności. Kiedy wszystko jest „załatwione”, nikt nie czuje się odpowiedzialny za całość. Informatyk zrobił sieć. Instalator zamontował. Sprzęt był nowy. A kamera? Kamera dostaje po głowie za to, że nie potrafi oszukać fizyki. I wtedy zaczyna się klasyczne: reklamacje, nerwy, pretensje, próby ratowania sytuacji, które od początku była źle ustawiona.

Najbardziej przewrotne jest to, że często wystarczyłaby jedna rozmowa wcześniej. Jedno zdanie w stylu: „pokażcie miejsce, pokażcie warunki, zobaczmy, czy ta kamera ma tu sens”. Ale to brzmi jak komplikowanie prostych spraw. A przecież monitoring miał być prosty.

Nie jest.

Dobry system kamerowy to kompromis między rzeczywistością a oczekiwaniami. Między tym, gdzie klient chce kamerę, a tym, gdzie ona faktycznie będzie działać stabilnie. Między estetyką a serwisowalnością. Między „już” a „żeby nie wracać do tematu za miesiąc”.

Dlatego zdanie z tytułu jest tak zdradliwe. Ono zamyka rozmowę, zanim ta rozmowa w ogóle się zacznie. A bez rozmowy nie ma systemu, jest tylko sprzęt przykręcony do ściany.

Wniosek jest prosty, choć nie zawsze wygodny: kamera nie rozwiązuje problemów sama z siebie. Ona tylko pokazuje konsekwencje decyzji, które zapadły wcześniej. Jeśli decyzje były przemyślane – działa latami. Jeśli były „załatwione” – działa do pierwszego deszczu, mrozu albo aktualizacji aplikacji.

I nie ma w tym nic osobistego. To czysta technika. A technika ma tę brzydką cechę, że zawsze ma rację. Nawet wtedy, gdy bardzo chcielibyśmy, żeby było inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *