Jest jedno zdanie, które w serwisach kamer powtarza się co roku, niemal identycznie, tylko z inną datą w kalendarzu: „kamera działała całą zimę i dopiero teraz przestała”. Dla użytkownika brzmi to jak absurd. Skoro mróz już minął, skoro zrobiło się cieplej, skoro wszystko powinno wrócić do normy, to dlaczego właśnie teraz kamera odmawia posłuszeństwa?
Odpowiedź nie leży w pechu ani w wadzie fabrycznej. Leży w fizyce, materiałach i czasie. Zima bardzo rzadko zabija kamerę w spektakularny sposób. Ona robi coś znacznie gorszego — systematycznie ją osłabia, a skutki tego procesu wychodzą na jaw dopiero wtedy, gdy warunki się zmieniają.
Zimą kamera jest poddawana warunkom, do których tania elektronika zwyczajnie nie jest przygotowana. I nie chodzi wyłącznie o niską temperaturę. Chodzi o ciągłe przechodzenie przez granice, które dla elektroniki są najbardziej destrukcyjne.
Największym wrogiem kamer nie jest sam mróz. Jest nim cykl. Nocny mróz, dzienne ocieplenie, wilgoć, para wodna, ponowny spadek temperatury. Każdego dnia kamera rozszerza się i kurczy. Plastik pracuje inaczej niż metal. Płytka PCB inaczej niż obudowa. Uszczelki twardnieją, potem miękną, a potem już nigdy nie wracają do pierwotnego kształtu. To nie jest proces widoczny gołym okiem, ale jest bezlitosny.
W tym czasie do wnętrza kamery bardzo często dostaje się wilgoć. Nie strumieniem wody, nie przez dziurę, którą można zobaczyć, ale w postaci wilgotnego powietrza. Tania kamera nie ma idealnie zaprojektowanej wentylacji ani szczelności. Wilgoć wchodzi, a potem zostaje uwięziona. Gdy temperatura spada, para wodna skrapla się na elektronice. Gdy rośnie, częściowo odparowuje. Ten proces powtarza się dziesiątki razy przez kilka miesięcy.
Efekt nie jest natychmiastowy. Kamera działa, nagrywa, wysyła obraz. Ale na mikroskopijnym poziomie zaczyna się korozja. Najpierw niewidoczna. Potem coraz bardziej agresywna. Ścieżki na płytce zaczynają tracić przewodność. Połączenia lutowane przechodzą mikrospękania. Komponenty, które latem pracowały na granicy swoich parametrów, zimą zaczynają wypadać poza tolerancję.
Kondensatory w tanich kamerach są szczególnie wrażliwe. Ich parametry zmieniają się wraz z temperaturą. W niskich temperaturach tracą pojemność, a po kilku miesiącach pracy w takich warunkach nie wracają już do pierwotnego stanu. Kamera może działać przez całą zimę, ale jej elektronika powoli się degraduje. Gdy przychodzi wiosna i warunki się stabilizują, kamera nie odzyskuje sprawności, bo uszkodzenie już się dokonało.
Do tego dochodzi zasilanie. Zimą padają nie tylko kamery, ale całe ich otoczenie. Zasilacze, przedłużacze, przewody. Tani zasilacz pracujący na granicy mocy nie znosi mrozu. Napięcie zaczyna pływać. Kamera resetuje się, traci połączenie, zawiesza się. Użytkownik widzi objawy typowe dla problemów software’owych, a w rzeczywistości elektronika dostaje niestabilne zasilanie przez długie tygodnie.
Gdy wiosną temperatura rośnie, wilgoć zgromadzona wewnątrz obudowy zaczyna intensywnie pracować. To moment, w którym korozja przyspiesza najbardziej. Kamera, która „przetrwała zimę”, nagle przestaje się uruchamiać, gubi obraz albo nie łączy się z siecią. Dla użytkownika wygląda to tak, jakby awaria pojawiła się nagle. W rzeczywistości to finał procesu, który trwał miesiącami.
Kamery obrotowe cierpią jeszcze bardziej. Smary gęstnieją, mechanika pracuje z większym oporem, silniki pobierają większy prąd. Przewody, które latem były elastyczne, zimą twardnieją. Jeśli były źle poprowadzone albo naciągnięte, zimą zaczynają pękać od środka. Objawy pojawiają się często dopiero później: kamera nie obraca się w jedną stronę, zatrzymuje się w połowie zakresu, trzeszczy albo resetuje się przy ruchu.
I tu dochodzimy do najważniejszego momentu: wiosna nie psuje kamer. Wiosna tylko ujawnia to, co zima zrobiła wcześniej. To dlatego awarie często zbiegają się z poprawą pogody. Elektronika nie regeneruje się sama. Jeśli została osłabiona przez kilka miesięcy, zmiana temperatury tylko przyspiesza jej koniec.
Droższe kamery radzą sobie lepiej nie dlatego, że są „pancerne”, ale dlatego, że mają zapas. Lepsze komponenty, lepsze uszczelnienia, stabilniejsze zasilanie i testy w komorach temperaturowych. Tania kamera działa „na styk”. Gdy pojawi się długotrwały stres środowiskowy, nie ma marginesu bezpieczeństwa.
Dlatego tak wiele kamer „działało do zimy”, a potem „padło wiosną”. To nie zbieg okoliczności. To schemat, który powtarza się co roku.
Jeżeli ktoś chce zrozumieć kamery, musi przestać patrzeć na nie jak na czarne skrzynki, które albo działają, albo nie. To są urządzenia elektroniczne wystawione na warunki, które nie wybaczają oszczędności na materiałach i projektowaniu. Zima tylko przyspiesza weryfikację tych oszczędności.
I to jest cała prawda o tym, dlaczego kamery nie lubią zimy — oraz dlaczego bardzo często umierają dopiero wtedy, gdy wydaje się, że najgorsze już minęło.

