Posted in

Kamera, która ma wszystko. Poza jednym.

Są kamery, które na papierze wyglądają jak spełnienie marzeń działu marketingu i koszmar każdego technika. Czytasz opis i masz wrażenie, że to już nie jest kamera, tylko autonomiczny byt z elementami sztucznej inteligencji, przewidywania przyszłości i lekkiej telepatii. 4K, AI, wykrywanie człowieka, pojazdu, zwierzęcia, strefy, harmonogramy, chmura, powiadomienia, timeline, analiza zdarzeń, integracja z aplikacją, która wygląda jak cockpit Boeinga. Wszystko jest. Naprawdę wszystko. I gdzieś w głowie pojawia się ta myśl, której nikt nie wypowie na głos: skoro ma wszystko, to powinna działać.

I tu zaczyna się zderzenie z rzeczywistością.

Bo ta kamera faktycznie ma wszystko. Poza jednym drobiazgiem: stabilnym, przewidywalnym działaniem w realnych warunkach. Czyli dokładnie tym, po co w ogóle kupuje się kamerę. Reszta to dekoracja.

Z perspektywy serwisu te kamery są fascynujące. Nie dlatego, że są dobre, tylko dlatego, jak bardzo są przeładowane funkcjami, które istnieją głównie w opisie aukcji. Każda kolejna opcja nie wynika z potrzeby użytkownika ani z realnych możliwości sprzętu, tylko z potrzeby przebicia konkurencji w tabelce „parametry”. Producent nie pyta, czy procesor to udźwignie. Nie pyta, czy pamięć wystarczy. Nie pyta, czy Wi-Fi da radę przy włączonym nocnym trybie, IR-ach i analizie obrazu w czasie rzeczywistym. On dokłada funkcję, bo kosztuje go to kilka linijek kodu i jedno zdanie w opisie. A że potem kamera zaczyna się zachowywać jak przeciążony router z 2008 roku, to już nie jest jego problem.

W teorii wszystko działa. W laboratorium też często działa. Na biurku, metr od routera, przy idealnym zasilaniu, w temperaturze pokojowej, bez zakłóceń i bez wilgoci. W praktyce kamera wisi na elewacji, pod dachem, dostaje po nocy zimnem, w dzień słońcem, w tle ma zapchane pasmo 2,4 GHz, a zasilacz jest „gratis w zestawie”. I wtedy zaczyna się prawdziwy test, którego nie przewidział żaden render ani opis marketingowy.

Najpierw pojawiają się drobiazgi. Opóźnienia w podglądzie. Powiadomienia przychodzą z opóźnieniem albo wcale. Kamera czasem znika z aplikacji, ale po odświeżeniu wraca. Użytkownik to ignoruje, bo przecież „działa”. Potem przychodzi noc. IR się włącza, pobór prądu rośnie, procesor dostaje dodatkowe zadania, a Wi-Fi nagle przestaje być takie stabilne. Kamera nadal „ma wszystko”, tylko coraz częściej nie ma połączenia.

I wtedy zaczyna się klasyczna historia reklamacyjna. Klient nie mówi, że kamera nie działa. Klient mówi, że „to dziwne, bo ona ma wszystko”. Jakby liczba funkcji miała magicznie gwarantować stabilność. Jakby fakt, że aplikacja potrafi rozróżnić człowieka od krzaka, miał jakikolwiek wpływ na jakość toru zasilania albo odporność na zakłócenia radiowe.

Problem polega na tym, że te kamery są projektowane odwrotnie, niż powinny. Zamiast zacząć od fundamentów – stabilnego zasilania, sensownego modułu Wi-Fi, przewidywalnej pracy w temperaturach od minus kilkunastu do plus kilkudziesięciu stopni – zaczyna się od listy funkcji. Hardware jest dobierany tak, żeby „jakoś to uciągnąć”, a nie tak, żeby mieć zapas. Każda aktualizacja firmware’u, która dodaje kolejną „inteligentną” opcję, zjada kolejne procenty zasobów. Kamera nie starzeje się godnie. Ona starzeje się jak telefon, który po trzech aktualizacjach systemu ledwo reaguje na dotyk.

Z zewnątrz wygląda to absurdalnie. Masz urządzenie, które teoretycznie analizuje obraz w czasie rzeczywistym, komunikuje się z chmurą, wysyła powiadomienia push i zapisuje nagrania, a jednocześnie potrafi się wysypać przy krótkim zaniku napięcia albo przy lekkim spadku sygnału Wi-Fi. To trochę jakbyś miał supernowoczesny samochód z autonomiczną jazdą, który gaśnie, gdy włączysz ogrzewanie tylnej szyby.

I tu dochodzimy do sedna. Monitoring nie jest o tym, żeby kamera miała wszystko. Monitoring jest o tym, żeby w tym jednym, konkretnym momencie, który naprawdę ma znaczenie, kamera była online, nagrywała i zapisała materiał w sposób, który da się później odtworzyć. Cała reszta to dodatki. Czasem fajne, czasem użyteczne, ale zawsze drugorzędne. Kamera, która ma milion funkcji, a gubi nagranie w kluczowym momencie, jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, jak imponująco wygląda jej opis.

Dlatego to porównanie, choć prostackie, działa aż za dobrze. Kamera ma wszystko, tylko nie robi tej jednej rzeczy, która naprawdę się liczy. I im dłużej pracujesz z takim sprzętem, tym bardziej doceniasz urządzenia, które są nudne. Kamery bez fajerwerków, bez sztucznej inteligencji, bez chmury, bez cotygodniowych aktualizacji z nową ikoną w aplikacji. Kamery, które po prostu działają. Codziennie. Tak samo. Przewidywalnie.

Bo w monitoringu nie wygrywa ten, kto ma najdłuższą listę funkcji. Wygrywa ten, kto w najgorszych warunkach nadal robi swoje. A reszta, nawet jeśli na papierze wygląda jak cud techniki, kończy jako kolejny gadżet, który „miał wszystko”, tylko nie spełnił jednego, podstawowego zadania.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *