Jakość obrazu to temat, który wraca jak bumerang. „Obraz jest słaby”, „w nocy nic nie widać”, „na reklamie było ostro, a u mnie jest kasza”. I niemal zawsze w podtekście pojawia się jedno oskarżenie: kamera jest kiepska. Tymczasem w praktyce kamera bardzo często pokazuje dokładnie to, co pozwalają jej warunki. Nic więcej. Nic mniej.
Kamera Wi-Fi nie działa w laboratorium. Działa w realnym świecie, a realny świat jest dla obrazu bezlitosny.
Pierwszym i absolutnie kluczowym czynnikiem jest światło. Nie rozdzielczość, nie megapiksele, tylko ilość i jakość światła wpadającego do obiektywu. Kamera nie „widzi” jak człowiek. Ona rejestruje kontrasty i jasność. Im mniej światła, tym bardziej elektronika musi je sztucznie wzmacniać. A każde wzmocnienie to szum, rozmycie i utrata detali. Dlatego obraz w nocy, nawet w kamerze z wysoką rozdzielczością, zawsze będzie gorszy niż w dzień. To nie wada sprzętu. To fizyka.
Z tym wiąże się drugi element: kąt padania światła i źródła oświetlenia. Kamera skierowana w stronę lampy, latarni albo reflektorów samochodu będzie miała problem z kontrastem. Jasne punkty „wypalą” obraz, a reszta kadru stanie się ciemna. W reklamach nikt nie pokazuje kamer patrzących prosto w światło. W rzeczywistości to bardzo częsty błąd montażowy.
Kolejna sprawa to obiektyw i jego możliwości, a nie sama matryca. Szeroki kąt daje duży obszar widzenia, ale kosztem szczegółów. Twarz widoczna na całym kadrze wygląda ostro. Ta sama twarz zajmująca kilka procent obrazu nigdy nie będzie wyraźna, niezależnie od liczby megapikseli. To jest moment, w którym marketing „4K” przestaje mieć znaczenie, a zaczyna liczyć się geometria obrazu.
Ogromny wpływ ma też odległość od obserwowanego obiektu. Kamera Wi-Fi to nie luneta. Im dalej coś jest, tym mniej informacji trafia na matrycę. Oczekiwanie, że kamera zamontowana wysoko na elewacji będzie czytać twarze lub tablice rejestracyjne z dużej odległości, to klasyczny przykład życzeniowego myślenia.
Nie da się pominąć wpływu warunków atmosferycznych. Deszcz, mgła, śnieg, owady, kurz – wszystko to jest widoczne dla kamery. Co więcej, w nocy krople deszczu i owady oświetlone diodami podczerwieni stają się jasnymi punktami, które zabierają kontrast całemu obrazowi. Kamera nie odróżnia deszczu od zdarzenia. Ona rejestruje to, co odbija światło.
Do tego dochodzi temperatura. Wysokie temperatury zwiększają szumy matrycy. Niskie spowalniają elektronikę i wpływają na pracę przetworników. Kamera pracująca latem w pełnym słońcu i zimą na mrozie nigdy nie pokaże identycznego obrazu, nawet jeśli to ten sam sprzęt.
Nie bez znaczenia jest też kompresja obrazu. Kamera Wi-Fi musi przesłać wideo przez sieć o ograniczonej przepustowości. Żeby to było możliwe, obraz jest kompresowany. Im gorsza sieć, tym agresywniejsza kompresja. A im większa kompresja, tym mniej detali. To dlatego obraz potrafi wyglądać gorzej w aplikacji niż w rzeczywistości. Kamera widzi więcej, ale nie wszystko jest w stanie przesłać.
Często pomijanym czynnikiem jest czystość obiektywu. Pył, krople wody, pajęczyny, owady – to wszystko pogarsza ostrość i kontrast. Kamera nie ma rąk, żeby się wytrzeć. Jeśli nikt o to nie dba, jakość obrazu spada z tygodnia na tydzień, aż w końcu ktoś mówi, że „kamera się popsuła”.
Na końcu są ustawienia, które użytkownik często zmienia intuicyjnie, nie rozumiejąc konsekwencji. Podkręcona czułość, włączone wszystkie tryby poprawy obrazu, maksymalna ostrość, maksymalna jasność. Efekt? Obraz wygląda gorzej, bo kamera próbuje poprawiać coś, czego poprawić się nie da.
Prawda jest taka, że kamera Wi-Fi bardzo rzadko „robi zły obraz” sama z siebie. Najczęściej robi dokładnie taki obraz, jaki wynika z miejsca, światła, pogody, odległości, sieci i oczekiwań użytkownika.
Jakość obrazu nie zaczyna się w aplikacji.
Zaczyna się w miejscu montażu i w warunkach, w których kamera musi żyć.
A kamera, jak każde urządzenie techniczne, nie oszukuje fizyki. Ona tylko ją pokazuje.

